W szklanej kuli dziecko do ściany się tuli
Nieświadome nie myśli o własnej doli
Czeka ruszając palcami powoli
Na wyjście
Aż lekarz je odkroi
Boli?
Bez imienia bez wolności
Pogrzeb bez narodzin ku chwale miłości
By nie drażnić babci czy dziadka
Samo się bawi tu grabię tu łopatka
Jak miła zabawka
To prezent dla malucha
Za nieświadomą dezercję z brzucha
Wybucha płaczem “uśmiechem”
Woreczek z płótna
To prawda okrutna
A księżyc Starzec z siwą brodą
Tej nocy nie świeci bo młodzi kopią
Bo kopią dół
Gdzie martwy wór
Odlatuje spokojnie do chmur
Ciemność głuchy wiatr i niewidzialny snop światła
Upadł tata i mama też na kolana padła
Lecz teraz jest już za późno na płacze
Konsekwencja czynów z góry smutnie patrzy.
Nienarodzony
Nawet nie jest punktem w przestrzenii życia
Nawet nie zasługuje na miano śmiecia
Nawet nie pozna smaku powietrza
Lecz teraz czuje własną godzinę odejścia
Chce uciec
Choć i tak już nie zdoła
Chce uciec
Lecz wyższa siła go wołą
I o jedno aniołków w niebie błaga
by nie poznać młodszej siostry lub młodszego brata.